Aktualności     Rekrutacja     Rozkład zajęć     Kontakt            
Cudu nie będzie Drukuj E-mail

Kurier Poranny: Podlaska gospodarka się rozwija, wszystkie wskaźniki rosną. Ale młodzi i wykształceni ludzie chcą stąd wyjeżdżać. Wzrost gospodarczy nie przekłada się na poziom życia zgodny z ich aspiracjami. Dlaczego?

Dr Zbigniew EJSMONT: Bo cudów gospodarczych nie ma - twarda prawda mówi, że najpierw się wytwarza, a dopiero potem dzieli. A nasza gospodarka rynkowa dopiero raczkuje. "Cud" japoński czy niemiecki miał dekadami budowane fundamenty instytucjonalne, polityczne i ekonomiczne. Powojenne Niemcy stawały na nogi dzięki szybkiej asymilacji z Francją czy Wielką Brytanią, dzięki planowi Marshalla czy integracji europejskiej. My czegoś takiego nie mieliśmy przy realizacji planu Balcerowicza. Budujemy rynek od podstaw, bez wzorca. A na Podlasiu jeszcze z niższego poziomu niż reszta kraju. Piętnaście lat przemian to bardzo dużo w życiu człowieka, ale z punktu widzenia ekonomii to chwila. Ale rozumiem, że dla tych, których dotyka bezrobocie, nie jest to żadne wytłumaczenie.

Mówił Pan, że Niemców wsparła asymilacja gospodarcza z sąsiadami. Dlaczego my nie odcinamy kuponów od sąsiedztwa z wielkim rynkiem wschodnim?

To skutek błędów popełnionych w pierwszym okresie transformacji: wymiana handlowa ze Wschodem kojarzyła się nam z nierównym traktowaniem strony polskiej. Przesunęliśmy więc ciężar obrotów na zachód. Z jednaj asymetrii poszliśmy w drugą. A tymczasem w dobrze rozumianym biznesie nie ma racji politycznych. Podobnie, jak nie ma racji etycznych. Najlepszy dowód to zainteresowanie gospodarek świata Chinami - mimo że zarzuca się im łamanie praw człowieka.

Finowie też nie mają podstaw, by kochać wschodnich sąsiadów. A jednak tam potężne składy celne najdobitniej świadczą, jak bardzo rozwinięty jest handel z Rosją.

A my w politycznie bezrozumny sposób straciliśmy ogromny rosyjski rynek - około 150 mln konsumentów! Tymczasem Rosja wtopiona jest dziś w system gospodarki światowej i nawet tak silna struktura jak Unia Europejska za dużo jej nie narzuci. W rezultacie tego polski eksport towarów przemysłowych do trzech krajów bałtyckich jest większy niż na rynek rosyjski. Ale tam nie ma takiego pola do współpracy, bo jest tylko około 8 milionów ludzi.

Czyli walor położenia Podlasia odpada jako napęd rozwoju?

Przynajmniej na razie. Bo spójrzmy na drugi ważny dla nas kierunek - Białoruś. Tu też na gospodarkę kładą się tarcia polityczne. A trzeci układ to relatywnie bliska i ludna Ukraina, ale najbiedniejsza z naszych wschodnich sąsiadów. Białoruś ma trzykrotnie wyższy produkt krajowy brutto na mieszkańca czyli stwarza lepsze perspektywy eksportowe. Tylko gdy pojawia się propozycja współpracy z Białorusią przy Kanale Augustowskim, dyskutujemy, czy to nie osłabia naszej pozycji politycznej zamiast myśleć, jak to uregulować biznesowo, dając ludziom pracę i dochody.

Atuty położenia blokuje więc nam polityka władz centralnych. Jak Pan ocenia perspektywy wynikające z programów unijnych?

Boję się, że ogromne unijne kwoty przeznaczone dla Polski wschodniej wydamy w sposób daleki od optymalnego. Aktualnie strategia ministerstwa wymaga, żeby każde z tych pięciu województw pokazało swoje długofalowe potrzeby. Każde osobno. A moim zdaniem powinniśmy się spotkać wszyscy - od władz, przez przedsiębiorców i ekonomistów tych regionów - i stworzyć lobby Ściany Wschodniej.

Czy w ogóle istnieje coś takiego jak polityka rozwoju regionalnego Polski?

Nie. Był narodowy plan rozwoju do roku 2013, ale nie jest już aktualny. Nie ma też określonych zasad interwencjonizmu państwowego. A przecież - niezależnie od stopnia dojrzałości gospodarki - zawsze są obszary, które państwo musi kontrolować, w tym obszar zagrożenia bytu ekonomicznego i społecznego. Obszary biedy, na które nie wejdzie biznes i kapitał zagraniczny. Takie jak na Podlasiu, gdzie nie ma perspektywy rynkowej, ludzie są biedni, rozproszeni, a w największym mieście jest sześć razy mniej mieszkańców niż w Warszawie. Troska o kraj ogranicza się do koniunkturalnych kłótni parlamentarnych, jak podzielić budżet.

Chodzi o pomoc finansową czy rozwiązania formalno-prawne?

Czasy wsparć finansowych minęły. Ale ulgi preferujące wchodzących tu inwestorów, czemu nie?

Czyli musi nas ratować własna aktywność. Suwałki jako pierwsze w Polsce skorzystały z przywilejów stref specjalnych. Białystok dał sobie na to szansę tydzień temu. Czy to przykład, jak można przegapiać ścieżkę do sukcesu?

Tak się dzieje, gdy instytucje, które mają służyć dobru społecznemu, częściej się kierują racjami politycznymi niż ciągłością dysponowania budżetami. Przychodzą nowe władze, zmieniają się wizje. Sukces Suwałk to skutek wspaniałej organizacji gospodarczej społeczności lokalnej. Wykorzystali kiedyś atut bycia miastem wojewódzkim. Potem skorzystali z przyciągania inwestorów przez ulgi strefowe. Robią u siebie najlepsze gospodarcze targi transgraniczne. Natomiast Białystok przegapił atuty boomu współpracy transgranicznej lat 90. Drobne fortuny, które wtedy powstały, nie przerodziły się we wspólne dobro. Weszły unijne ograniczenia wymiany transgranicznej. Białorusini dorzucili ograniczenia wobec swoich obywateli. I pięć minut minęło.

Czy pieniądze unijne, nawet niedoskonale podzielone, są jednak szansą na podbicie koniunktury?

Każda inwestycja w infrastrukturę napędza układy regionalne i lokalne Już sama budowa dróg – nie tylko ich powstanie – pełni taką rolę: budowa to miejsca pracy, praca to dochody, dochody to zakupy, zakupy to zyski tych, którzy sprzedają. A ich zyski to kolejne inwestycje.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Maryla Pawlak-Żalikowska


Kurier Poranny 22 maja 2006